KUKU!
Ta sesja z pewnością na długo zapadnie mi w pamięć. To było jak przyspieszony kurs fotograficznego survivalu.
Zaczęło się niepozornie. Może nawet pomyślicie w pierwszej chwili, że już to widzieliście. No bo ile razy można zrobić coś nowego w tej samej szklarni. Ale spokojnie, będzie ciekawie.
Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Poza pewnym “gównianym” (w dosłownym tego słowa znaczeniu :p) incydentem, naprawdę wszystko grało. Światło, temperatura, nastrój. Wreszcie było jak trzeba. Nie byłam wprawdzie szczęśliwa, gdy odkryłam, że ktoś zburzył część naszej fotograficznej Mekki, ale tym razem nawet to nie zbiło mnie z pantałyku (sorry, zawsze chciałam użyć tego słowa…). Jak się pewnie domyślacie, nie obyło się bez skaleczenia, ale generalnie szkło zrobiło robotę. Było warto.
Uciekając od rutyny pojechaliśmy dalej. Droga do Męćmierza nie należała do najbardziej cywilizowanych przepraw. Gdy podwozie mojego auta wręcz przytulało się do ziemi, ja w myślach wyobrażałam sobie jaką minę miałby mój Luby, gdyby to widział. Na szczęście poza niezniszczalnym Hillux’em istnieje jeszcze jeden model samochodu, który zniesie wszystko – “służbówka”. I dzięki temu wynalazkowi ja mogłam się już tylko dobrze bawić.
Udało się. Dotarliśmy.
Mięćmierz skąpany w gorącym zachodzącym słońcu to coś co trzeba poczuć na własnej skórze. I szczerze mówiąc właśnie w tych promieniach najmocniej poczułam co łączy tę parę. Przez chwilę zobaczyłam co jest między nimi. W tym oślepiającym blasku oni ciągle widzieli siebie wyraźnie. Widzieli siebie nawet nie patrząc. Może Wam się wydawać, że gadam pierdoły, bo każda Para tak ma. Ale wiem co mówię. Nie każda. Choć cudnie, gdyby tak było.
Wracając już twardo na ziemię mam dla Was jedną radę. No może dwie. Po pierwsze, gdy rozkładacie blendę (ewentualnie namiot) – nie róbcie tego blisko twarzy, bo trudno jest potem wyjść do ludzi bez wstydu. Pod drugie, zawsze zabierajcie ze sobą kogoś, kto umie ją złożyć… Dzięki A.!























































